Indolencja i słabość Zachodu contra chiński pracuś. To nie wygląda dobrze

Browse By

Od dłuższego już czasu przyglądając się walce gigantów, których rolę w dzisiejszej globalnej rzeczywistości odgrywają Stany Zjednoczone i Chiny, nachodzą moją głowę, a więc sięgając głębiej i duszę – rozterki i refleksje zgoła niewesołe. A to głównie dlatego, że w ostatecznym rozrachunku idzie przecież o skuteczność! W ogromnym (i może merytorycznie dość dyskusyjnym) uproszczeniu: po jednej stronie frontu mamy USA i resztę Krajów Zachodnich – wolnorynkowych i szczycących się demokratycznymi zasadami życia politycznego i społecznego, po drugiej Chińską Republikę Ludową –gospodarkę wolnorynkową (a i owszem!), ale też zamordystyczny jednopartyjny reżim, który od lat nie tylko przyzwala, ale też i wspiera praktyki, które w tym pierwszym świecie uznawane są nie tylko za nieetyczne, ale po prostu niezgodne z prawem. Tylko, że jakoś tak się porobiło, że miłujące demokrację, wolność wypowiedzi i szanujące godność człowieka „aż do przesady” Kraje Zachodu rozsadzane są przez trendy światopoglądowe, organizacje i ruchy, których jednoznacznym i nieskrywanym celem jest ich „rozwalenie od środka”. Natomiast w Chinach społeczeństwo pracuje i chodzi jak w zegarku. Zachód boryka się z fundamentalnymi niestabilnościami makroekonomicznymi, a Chiny wciąż rosną w ekonomiczną potęgę. Przypadek?

Może warto wejść czasem w rolę adwokata diabła. Wchodzę niniejszym w tę rolę absolutnie nie dla jakiegokolwiek kwestionowania wolności w każdym jej wymiarze, która to osią demokracji jest (!), ale ze zwyczajnego analitycznego niepokoju, który w poszukiwaniu korelacji czasem i na manowce zwodzi. Tak więc z owego analitycznego, ale i też moralnego niepokoju, zadaję przewrotne pytanie – czy też państwa zachodniej cywilizacji demokratycznej nie „rozpuściły” zanadto swych obywateli? Bo, że rozpuściły korporacje, to pewne. Korporacje, które skutkiem zysków osiąganych dzięki wynalazkowi międzynarodowych łańcuchów produkcyjnych (czytaj: m.in. wykorzystywanie biednych ludzi do pracy na i w niegodziwych warunkach), cierpią na nadmiar środków finansowych.  Ale nie o tym chcę pisać.  Teoretycznie i na logikę swoboda i wolność wyboru sprzyjać winny rozwojowi i postępowi we wszelkich sferach, w tym zawodowej, co w efekcie makro winno przekładać się na rozwój ekonomiczny oraz intelektualno-duchowy, co przynieść powinno ogólny dobrostan obywateli (przeciętnie – coś może w stylu „społecznego optimum Pareta”).

Spójrzmy na takiego przedstawiciela Zachodu, jakim są kraje strefy euro. Nie tylko od lat rozwijają się gospodarczo w tempie ślimaczym. Dodatkowo ich życie polityczne, ale też społeczne nacechowane jest wewnętrznymi konfliktami i podziałami, które tworzyły się i pulsowały pod powierzchnią co najmniej od lat 60. XX w. Swobodnie, w blasku demokracji i swobód wszelakich rozwijały się ruchy stricte antypaństwowe, anarchistyczne, przeciwne sile państwa narodowego, a implicite – i sile jego gospodarki. Nikt nie reagował, aż mleko się rozlało i co rusz mamy nową emanację w postaci demolowania sklepów, ulicznych burd, zamieszek czy podpalania aut i masowych kradzieży. Po „przeciwnej stronie frontu” mamy Chińską Republikę Ludową – państwo, które od lat 90. (nie wspominając oczywiście o okresach wcześniejszych) oburza demokratyczny świat i jego elity, a na koncie ma większość możliwych do zebrania „kwiatków”: od współczesnych obozów koncentracyjnych dla więźniów politycznych (podobno osadzonych jest tam nawet 1 mln ludzi) i stosowania kary śmierci (jako światowy lider wg. Amnesty International), eksterminację i prześladowania ludności tybetańskiej, rozległą i kontrolującą bardzo wiele dziedzin życia cenzurę i brak pluralizmu, poprzez niehumanitarne warunki pracy, wykorzystywanie pracy dzieci, po powszechną (kwitnącą radośnie w tym zamordystycznym politycznym reżimie) kradzież własności intelektualnej, kopiowanie technologii, nieprzestrzeganie w tym zakresie prawa międzynarodowego łącznie z nieuznawaniem w tej sferze wyroków sądów ”zachodnich” i tak dalej i tak dalej. Tu jednak mamy gospodarkę, która tyle co patrzeć będzie pierwszą na świecie, na razie jest przynajmniej największym eksporterem (udział ChRL w globalnym eksporcie wynosi ok. 16%). A jako taka zbudowana została za sprawą głównie chyba dwóch sprzężonych mocy.

Pierwszą z nich jest niezwykłe zdyscyplinowanie, karność i pracowitość „przygiętego do ziemi” narodu. Drugą zaś – zachłanny konsumpcjonizm zachodniego klienta: nabywcy dóbr z Chin, który na wykorzystywanie niewolniczej pracy służącej ich produkcji baczy, ale tylko „w teorii”. Sytuację wygrywają od lat oczywiście korporacje transnarodowe, które nieopatrznie uzależniły cały zachodni świat, zarówno producentów, jak i stronę popytową od efektów-skutków ekonomicznej aktywności niedemokratycznej, reżimowej ChRL. Tego nie są w stanie zmienić żadne doniesienia NGO-sów (np. National Labour Commitee) na temat skandalicznych, urągających godności ludzkiej warunków pracy chińskich poddostawców wielkich zachodnich korporacji, jak chociażby firma Dell, Apple, a także (o czym donoszono kilka lat temu) np. Lenovo, IBM, czy HP. Nie inaczej jest jak wiadomo w chińskich fabrykach zabawek (ok.80% zabawek świata powstaje w tym kraju), które dla dzieci produkowane są często przez dzieci.  Byle taniej! Byle zyski dla właścicieli, dla akcjonariuszy! Wszystko jak zwykle skąpane w sosie absolutnej indolencji ze strony zarówno polityków, organizacji międzynarodowych o zachodniej proweniencji itd., którzy nie byli w stanie w najmniejszym stopniu, skutecznie przeciwdziałać zarówno praktykom korporacji, jak i praktykom ChRL (np. poprzez odpowiednie narzędzia polityki handlowej). I ogólnie: absolutna deklaratywność całego świętego oburzenia Zachodu, która zupełnie „przypadkowo” realizowała się w przestrzeni charakteryzowanej przez swobodne lobby względem polityków ze strony wielkich korporacji ciągnących z takiego status quo wielomiliardowe zyski. Ot i mamy obraz współczesnego globalnego świata. A obraz ten niestety malowany jest słabością krajów zachodnich: w tym ich niezdolności do zdyscyplinowania zarówno własnych społeczeństw, jak i wielkiego biznesu. To teza prosta, a być może uproszczona, ale jeśli spojrzymy na sprawy z lotu ptaka, nie wydaje się nazbyt naiwna.   

Wróćmy do samej tylko ekonomii. Większość gospodarek krajów chociażby owego rdzenia wolnorynkowej i wolnokonkurencyjnej Europy, jaką jest strefa euro od bardzo wielu lat boryka się z absolutnie zasadniczymi problemami i słabościami – jeśli oczywiście mierzyć je fundamentalnymi wskaźnikami makroekonomicznymi. Mamy tu bowiem do czynienia ze śmiesznie niskimi wskaźnikami wzrostu gospodarczego, słabymi inwestycjami, wysokim bezrobociem, zwłaszcza wśród ludzi młodych, co wynika z paralitycznego wręcz popytu wewnętrznego, na który w literaturze ładnie mówi się „sluggish demand”. Obrazu dopełniają ogromne zadłużenie wewnętrzne i zewnętrzne, budżety eufemistycznie określane jako niestabilne, a w rzeczywistości będące grubo na minusie. Dalej idzie coraz mniejsza skuteczność zarówno polityki fiskalnej, jak i monetarnej.

A lepiej nie będzie i być nie może, bo jesteśmy świadkami, jak zaczyna coraz głośniej tykać wrzucona do środka bomba zegarowa. I to już nie tylko ideologiczna, czy światopoglądowa, która w swoich założeniach (anarchizm) przeciwstawia się państwu jako takiemu oraz systemowi jako zespołowi cech, które nadają mu kształt realny i strukturę formalną, ale też faktyczna – polityczna i zbrojna. Bo przecież wyłączone spod prawa – a raczej gdzie prawo nie dochodzi – strefy, do których nie ma wstępu policja (ale też karetki pogotowia) w Stuttgarcie, Berlinie, czy w wielu miejscach w Stanach Zjednoczonych są jak najbardziej realnymi (np. znana Capitol Hill w Seattle). Zresztą rozwój tego rodzaju stref (w tym tzw. „no-go”) postępuje nieskrępowanie od wielu lat, a ich istnienie przyznają – choć z reguły poniewczasie – oficjalnie rządzący politycy. Angela Merkel potwierdziła ich istnienie w Niemczech o ile pamiętam około trzech lata temu. To przestrzenie, zamieszkałe nawet przez kilka tysięcy osób, żyjących w czymś na kształt zbiorowej komuny, gdzie rządzą anarchistyczne bojówki (a z biegiem „rozkwitu” owych stref, a raczej rozkwitu nieudolności władz i służb publicznych – podobno zwalczające się nawzajem gangi), trudniące się przede wszystkim urządzaniem demolka-wypadów na miasto, głównie do sąsiednich dzielnic, mających na celu niszczenie mienia, w tym rozbijanie i okradanie sklepów, włamywanie się do mieszkań, podpalanie samochodów i inne tego rodzaju zajmujące rozrywki. Według norweskiej państwowej stacji telewizyjnej NRK ponad 50 stref w Szwecji zostało uznanych przez policję jako zagrożone. Ganki sprawują w nich kontrolę, a policja ma utrudniony dostęp. Nie inaczej jest we Francji. Z doniesień medialnych wynika natomiast, że reprezentanci tych stref są żelazną klientelą ośrodków wypłacających zasiłki dla bezrobotnych.

I to, co w tej całej zabawie zastanawia najbardziej to nie fakt, że ktoś ma takie a nie inne poglądy i ma kaprys manifestować je w postaci dewastacji dorobku spokojnie żyjących i pracujących obywateli. W państwach demokratycznych każdy człowiek może uważać sobie, myśleć i mówić (za pewnymi wyjątkami), co uważa. Bardzo proszę! Niepokojące jest jednak przyzwolenie, a czasami wręcz poparcie ze strony nie tylko lokalnych, ale nawet centralnych (przez zaniechanie reakcji) władz na rozwój tego rodzaju „form obywatelskiej wypowiedzi”, będących czystą emanacją antypaństwowości, niechęci wobec spoiwa i siły narodowych społeczeństw, którym zawsze były i są lokalna kultura, rodzina czy obywatelskie współdziałanie dla dobra wspólnego, a czysto ekonomicznie – sumienna praca, budująca majątek i pomnażająca PKB. Zastanawiam się, w jaki sposób włodarze wielu krajów Europy Zachodniej, którzy działają ku polepszeniu kondycji narodowych gospodarek, mogą nie dostrzegać najprostszego faktu, że gospodarkę tworzą i budują ludzie! I niestety warto własnych obywateli „wychowywać” w wartościach, które służyć będą dobrobytowi i społecznemu i ekonomicznemu. Tak właśnie – jak przynajmniej z zewnątrz wygląda – „wychowują” swoich obywateli komunistyczne Chiny, wyrastając z ich potu (a czasem i krwi) na światowego ekonomicznego hegemona.

Oczywiście nie ma tu prostej korelacji, a przyczyny takiego a nie innego obrazu świata, którego spora część stoi – moim skromnym zdaniem – na głowie, są niezwykle złożone i nie ma tu miejsca na niepodważalne jednoznaczne wytłumaczenia. To cały zespół uwarunkowań społecznych, mentalnościowych, kulturowych czy historycznych. O kulturowych czy mentalnościowych podłożach wzrostu gospodarczego mówi się, dyskutuje i  publikuje w literaturze naukowej od dawna. Ale ów ostateczny ekonomiczny rozrachunek to nadal zachłanne kupowanie chińskiego „badziewia” przez wielomilionowe rzesze klientów pochodzących z „bogatej Północy”. Towarów produkowanych czasem przy wykorzystaniu metod dalece nieetycznych i w krajach zachodnich niezgodnych z przepisami prawa. I co? I nic?

Nie zapominając o roli adwokata diabła podsumuję więc: z jednej strony mamy demokratyczne neoliberalne „róbta co chceta” i niekończące się spory, z drugiej – reżimowe dyscyplinowanie obywateli i czynienie z nich pionków w wielkiej grze. Z jednej coraz gorsze wyniki makroekonomiczne, z drugiej – niekwestionowaną i coraz większą siłę. Skuteczność! Najmocniej myślę o tym, kiedy na jakimś zagranicznym uniwersytecie obserwuję studentów: już w sierpniu Azjatów wypełniających sale biblioteczne i z niezwykłą jak na okres wakacyjny wielogodzinną pracowitością, skrupulatnie notujących z wypożyczonych książek. A obok – Europejczyków czy Amerykanów (sądząc po akcencie) wypełniających szczelnie puby i knajpy, spierających się o poglądy, dyskutujących do upadłego z leciutką już mgłą w oczach i kolejnym piwem lub drinkiem w dłoni. Broń Boże nie stawiam żadnych tez – bo te byłyby uproszczone. Ale niechby tam (!) – mamy wakacje, to i dywagacje i tezy mogą być trochę „z mgiełką o oczach”. Ale też na poważnie: poddaję pod rozwagę – do czego nas to prowadzi i ostatecznie doprowadzi?           

dr hab. Agnieszka Domańska, prezes Instytutu Staszica

Foto: pixabay.com